Astronomicznie i kalendarzowo skonczyla sie juz introwertyczna zima. Wszyscy strosza piorka na wiosne i powoli niesmialo wyfruwaja z gniazdek. Najpierw do ogrodu, potem do najblizszego parku i im cieplej, im sloneczniej, tym dalej sie wy puszczamy, by w koncu oddac sie letnim wojazom.
A ja…czytam o podrozach, ogladam o podrozach i mysle o podrozach… Podrozowanie jest na topie, jest trendy i modne. Wypada miec w kolekcji zestaw zdjec z Maroko czy z Indii, nalezy je umieszczac na portalach, dzielic sie ze znajomymi, troszeczke sie pochwalic, szczegolnie przed tymi, ktorzy jeszcze nie byli. Wierze jednak, ze gdzies za tymi krajobrazami z kolorowych fotek kryje sie glebszy sens i cel naszego ustawicznego przemieszczania sie w czasie i przestrzeni. Mamy tez rozne przyczyny i sposoby. I jak to bywa w dobrej rozprawce – teraz je sobie wyroznimy i opiszemy:
Sposob nr 1 czyli na Nomada
Nomad to tez modne slowo, szczegolnie wspolczesny nomad – najczesciej slyszalam je z ust Diego, ale niech sobie nie mysli, ze tylko sklotersi sa nomadami. Choc z pewnoscia sa ekspertami w sprawie ustawicznego przeprowadzania sie. W razie ewikcji pakuja do plecaka tylko najpotrzebniejsze rzeczy, bibeloty i inne zbytecznosci, ktorych pelno jest w kazdym domu, pozostawiaja za soba, niczym slad, zar ogniska w niedawnym obozowisku.
Siedze w kuchni i popalam paierosa, rozgladam sie dookola, patrze na otaczajace mnie przedmioty, na ich nawarstwienie. Zdusiwszy niedopalek w poielniczce przechadzam sie po pokojach i omiatam wzrokiem kolejne sterty przedmiotow. Ich ilosc uswiadamia mi, jak bardzo osiadlam, czuje sie nieco przygwozdzona tym ciezarem. Przypominam sobie wszystkie poprzednie przeprowadzki i segregacje przedmiotow na te, ktore zabrac nalezy i te, ktore wyladuja w koszu. A przeciez przyjechalam tylko z jednym plecakiem, zawsze tak sie zaczyna…
W jednym z moich seryjnych snow wchodze do bylego domu ( skoro moze byc byly chlopak, byly maz to mozna tez tak powiedziec o domu, wszak zazylosc jest rownie silna ), tego na Prostej w Toruniu. Najpierw otwieram ciezkie drzwi prowadzace na klatke schodowa, a potem staje pod nr2. Dziwne, ze ciagle mam klucz w kieszeni, przeciez nie mieszkam tu od dawna. Przekrecajac go w drzwiach czuje, jakbym popelniala jakas zbrodnie wchodzac tam, gdzie juz nie przynaleze. Dom jest posty, tylko meble stoja jakos niedbale. Zagldam do szafek i odnajduje tam slady po sobie, kilka zapomnianych w pospiechu bibelotow, naczynia, resztki jedzenia. Moj sen ma swoja interpretacje i glebokie znaczenie. Z kamiennicy na Prostej ucieklam. To Diego nas stamtad wyprowadzil, to on rozliczyl sie z tym miejscem i wszystkim, co tam sie wydarzylo, ja nie… Bardzo mu jestem wdzieczna, ale moja ucieczka mi ciazy, bo byc moze na zawsze nas poroznila…
W zamku hrabiego Ostaszewskiego przemieszkalam okragly cykl czterech por roku: jesien, zima, wiosna, lato – czas zatoczyl idealne kolo. Przyjechalam nie znajac nikogo i w dwudziestoosobowej komunie przezywalam piekne i niezobowiazujace chwile. Jesienia z wiklinowymi koszyczkami biegalismy na grzybowe laczki, by potem zima testowac magiczne wlasciwosci kapelotkow i nozek, patrzec na leniwe platki sniegu i czuc w ich miarowym opadaniu odwieczny porzadek wszechrzeczy. Wiosna wszystko pachnialo niedzwiedzim czosnkiem, jego chrupkie zielone listki nadawaly sie do kazdego dania. Masowo wylegalismy na laki lub przesiadywalismy godzinami pod blaszana buda trzeciego sklepu, przypominalismy o swym isteniu mieszkancom wioski. Na powitanie lata podpalilismy olbrzymiego wickermana i odtanczylismy poganski taniec wokol ognia. Po takim blogoslawienstwie kazdy z nas ruszyl gdzies w sobie tylko znane strony niosac w sercu pamiec pieknych chwil. Jako slad po sobie zostawilam utkany gobelin, namalowana ikone, kilka dosc zgrabnie wyhaftowanych serwetek i koslawy wiklinowy taborecik, ciagle nie moge sie nadziwic, ze wykonalam go wlasnymi rekoma.
A teraz ja tu – trwam jeszcze i nie potrafie zakfawlikowac owej przestrzeni, ciagle tu jestem, ciagle sie dzieje. Kazdego dnia odnawiam swe slady, dopiero, gdy sie zatra wyciagne wnioski. Pamietam jak sie zaczelo, pamietam jak pierwszy raz weszlam do supermarketu i poczulam przedziwny zapach, dobrze znany dzieciom schylku komuny, zapach Pewexu, luksusowych towarow i zachodu. Nagle wszystko stalo sie mozliwe – spuscilam ze smyczy swoje skrywane pragnienia, bo tutaj wolno, na tej wyspie. Przez chwile zapomnialam o wszystkim, co zostawilam za soba, utopilo sie w morzu.
Stoje teraz z sitkiem i lowic probuje wlasne wspomnienia…
Sposob nr 2 czyli I LIKE VOYAGE
Na wakacje przewaznie zabiera mnie ksiazka, obieram cel podrozy doglebnie juz przesiaknieta jego klimatem. Wiem co tam sie jada i pija, a wytyczne uzupelniam wlasnymi wrazeniami. Tak kierowana przemierzylam dzikie zakatki Transylwanii nieznalazwszy tam sladow hrabiego Drakuli. Pamietam tylko, ze raz, jak pieklismy z Diego kukurydze na ognisku, to obok przechodzil pogrzeb. Ludzie szli gdzies z gor do najblizszej wioski, a na drewnianym wozie jechala trumna. Ci z przodu niesli swieta ikone i zawodzili zalobnie, a z tylu wdowa w czarnej chuscie plakala. I przez chwile zrobilo sie jakos naboznie, wstalismy by odprowadzic kondukt wzrokiem i jakos oddac czesc temu, ktory odjezdzal. W tym przedziwnym kraju zaprzyjaznilam sie z kilkoma bezpanskimi psami, objadalam sie arbuzami i poijalam bere blonde. A gdybym miala dodac jakis zapisek do przewodnika, to chcialabym zaznaczyc, ze maja tam swietnie oznaczone gorskie szlaki i ze czasem lepiej zaplacic za podroz autostopem, bo inaczej moze byc nieciekawie.
Na malutkiej greckiej wysepce przesiadywalam w cieniu oliwkowych drzewek i z zazdroscia patrzylam jak my Sunshine Boy wprost pozera sloneczne promienie. Moja „alergia solarna” dala mi sie we znaki, musialam znow zasiasc w pozycji obserwatora miast brac udzial w slonecznych kapielach. Potrafilam siedziec tak przez caly dzien i gapic sie w morze, przesuwalam sie tylko wraz z cieniem. A potem wymyslilam te wycieczke do klasztoru na najwyzszym wzgorzu na wyspie. Mialo tam byc cos na zasadzie schroniska, cele mnichow przerobione na pokoje dla turystow – tak mowil przewodnik i staly bywalec wyspy. A przywitaly nas jeno plomyki swiec w cerkwii, lopoczaca na wietrze flaga i owiany pustka kruzganek. Ciezka nac okraszana obrazami z filmow grozy zrekompensowal poranek z widokiem na okoliczny archipelag. Ktos przyszedl i zapalil swieze swiece, zamieciono tez kruzganek…
Czasem poczucie miejsca zaczerpniete z ksiazki przychodzi pozniej. Tak bylo, np. gdy obudzilam sie na poddaszu wiejskiego szwedzkiego domku gdzes na odludziu i poczulam sie dzieckiem z Bulerbyn. Ale najdziwniej bylo z Rzymem…
Wyladowalam tam przypadkiem, poszukujac rozpaczlieiw jakies alternatywy na wakacje wprosilam sie w gosci do dawnej znajomej. Jechac w gosci jest najlepiej, choc trzeba uwazac by nie popelnic jakiejs gafy, nie wpisac sie w pamiec gospodarzy jako gosc niefortunny. W Wiecznym Miescie przemierzylam wiekszosc turystycznych szlakow, bawilam sie w turyste. Zaliczylam nawet przejazdzke odkrytym autobusem z przewodnikiem w sluchawkach. Najczesciej wracalam pod Panteon, jego masywnosc ogromne polacie cienia, a z murow bil wiekowy chlod, w ktorym przyjemnie sie odpoczywalo po sierpniowym upale. Chlonelam go… Po powrocie do domu zaczytalam sie w ksiazce, akcja powiesci przenosila sie z Holandii na Kube, by w koncowym kulminacyjnym momencie trafic do Rzymu opisujac jego przedziwne tajemnice i wiernie oddajac topografie. W ktoryms momencie zorientowalam sie, ze za zakladke do ksiazki sluzy mi angielskojezyczna wersja mapy miasta. Rozlozylam ja i przelecialam wzrokiem zatrzymawszy sie na zakreslonym dlugopisem punkcie ze strzalka i podpisem: „najlepsza kawa” Piazza Sant’ Eustachio. Rzeczywiscie kawka tam byla wysmienita…
Pisze to wszystko po raz kolejny w ramach autoterapii, by sie nieco odklompeksic, bo mi sie czasem wydaje, ze moje zycie przebiega nieco mniej barwnie tylko dlatego, ze nie bylam jeszcze w Moroko czy w Indiach. A to oczywiscie nieprawda…
Napisane w Uncategorized