Perfidia, Zdzirka i Psychodela…czyli trzy siostry

•październik 15, 2009 • Dodaj komentarz

 

Dzis pomyslalam, ze przyjazn z Lidia wplywa na mnie kojaco, a potem pojawila sie mysl o reszcie dziewczat, bo w sumie to mam trzy przyjaciolki: Elwirke-Zdzirke, Izabelle-Psychodele, no i Lidie-Perfidie.

Lubie, gdy Lidka zaklada okulary, gdy poprawia je wskazujacym palcem. Poznalam ja, gdy jeszcze nosila je na codzien, zanim pojawily sie soczewki. Pamietam jak czekalam na nia na stacji w Toruniu. Pociag z Wroclawia sie spoznil, a ona wysiadla z niego razem z wielka pomaranczowo – niebieska torba adidasa. A potem wszystko potoczylo sie bardzo szybko, mysle, ze najbardziej zblizyly nas braniewskie noce , te na torach i na oponach, rozmowy az po swit okraszane popitka i podpalka, o wszystkim…doslownie. W Braniewie zawsze wyraznie swiecily gwiazdy, kiedys przyjechalam tam na weekend z pelnym plecakiem prania, ale mamina pralka miala awarie, poszlam wiec z tym praniem do Lidki na sasiednia ulice – wyszlam po poludniu – wrocilam chwiejnym krokiem nad ranem. W domu juz nie spali i pytali, co robilam przez tyle godzin. Rozmawialam, to oczywiste… Mama pytala o czym mozna rozmawiac przez 12 godzin, oj mozna mamo mozna, jest o czym, gdy ma sie dobrego kompana i przysmaki zza wschodniej granicy.  Lidka mi obiecala, ze zima spotkamy sie w Braniewku, bo tutaj nasza przyjazn nabrala innego wymiaru, kwitnie jednak. „ Czasem ja jestem krnabrna corka, a ty rezolutna mama, czasem jest na odwrot” – to my. I ta niewyczerpana wzajemna slabosc, ktora pozwolila przebrnac przez niejeden konflikt…

Elwira, tak jak ja, postanowila studiowac filologie polska, pojawila sie na pierwszym wykladzie ze staropolskiej w czerwonych dzwonach, patrzylam na nie i wydalo mi sie, ze jest wredna. Pozniej okazalo sie, ze jest calkiem sympatyczna wiedzma, choc gdy sie jej przedstawilam o malo nie cofnela reki na dzwiek mego imienia. „Monika”- nawet dla mnie samej brzmi to czasem dziwnie. Elwira nauczyla mnie wielu wiedzminskich sztuczek, pokazala jak celebrowac chwile i jak zaparzyc dobra herbate. Listy, ktore pisalysmy do siebie dawno temu, ja w Polsce, ona w London, byly czysta epistolograficzna namietnoscia. Pamietam uscisk na schodach po jej powrocie i zdjecie, ktore mi kiedys podarowala. Siedzi na nim na trawie, znowu w czerwonych dzwonach, trzyma rece przy twarzy, a obok lezy ktrores z dziel jej ukochanego Srtrea. Na odwrocie jest napisane: „Bo jestes mi tym nozem, ktorym sama w sobie grzebie”… Elwira tez mieszka tu w Oxford i wiele, bardzo wiele sie zmienilo, ale nie bede o tym pisa, powiem jej to jutro, bo jade na kawe do jej domku na peryferiach.

Iza jest moim „flow”, gdy sie spotykamy nastepuje czysta wymiana energii: „we go with the flow”. Nigdy (odpukac) sie nie posprzeczalysmy, bo nasza znajomosc funkcjonuje w rejonach, gdzie przyziemne sprawy nie sa wazne, nie jest tez tak bardzo emocjonalna, ale to jej nie ujmuje. Poznalam Ize we Wzdowie, nosila wtedy dredowe kucyczki i razaco zolta kurteczke. Palilismy ziolo pod arkadami w palacu hrabiego Ostaszewskiego, wygladala jak promiejace slonce. Wysiedzialysmy do konce niejedna impreze, gdy wszyscy juz spali – „till the end”. Jej pierwszej pozwolilam postawic sobie karty, byla moja inspiracja i kosmicznym motorem dzieki ktoremu powsal moj magiczny pseudonim i pierwsze malunki. Moj ulubiony obraz autorstwa panny Bocienko widac u gory: „The New Age girl is frying a New Era”,taki ma tytul. Niestety nie udalo sie zamiescic go w calosci , ale jesli kto zaintresowany to odsylam na strone Kosmicznej Krolowej: www.cosmicqueen.net. Iza uciekla mi do Polski i czasem tesknie za nia. Brakuje mi jej wiedzminskiego smiechu i magicznej energii, no tego „flow” po prostu. Wierze jednak w nasz projekt Centrum Swiadomosci Kosmicznej, coming soon.

Mysle sobie czasem dziewczyny o tym, jak to by bylo, gdybym sie nasze sciezki nie skrzyzywaly i jakos nie potrafie sobie tego wyobrazic, pewne wiezi sa nierozerwalne. Nie myslcie za duzo o tym, co o ktorej napisalam i dlaczego, to tylko luzne mysli. Kocham was wszystkie razem i kazda z osobna, jestescie moimi trzema siostrami, moja Swieta Trojaca, a moj blog jest ciagle strasznie sentymentalny…fuck.

 

Ciagle pada – what the fuck?

•sierpień 6, 2009 • 2 komentarzy

Do dupy takie lato – przesladuje mnie deszcz, a dzis to juz przesada, pada od kiedy otworzylam oczy. Fucking english weather, zreszta padalo nawet jak bylam w Polsce i mam jakies dziwne przeczucie, ze bedzie padac jak znowu tam pojade. Fuck, nie mam nawet kaloszy i przeciwdeszczowej kurtki i chce juz poczuc prawdziwe wakacje, lezec w sloncu i patrzec w niebo. Tymczasem niebo mi tu histeryzuje i mi sie to, do jasnej cholery, udziela.

Moje pierwsze „pracujace” wakacje. Od kiedy pamietam w lipcu i sierpniu sie odpoczywalo, sie jechalo, sie spalo do poludnia i zbieralo sily na jesien i zime. Niby taka praca dwa i pol dnia w tygodniu to nie praca, a jednak… Moj organizm, moj umysl, chcac nie chcac, zaprogramowany na cztery pory roku rozprezyl sie wakacyjnie, porzucilam codzienna rutyne, zamkneli szkole, wiec Miron siedzi w domu i patrzy przez okno na rosnace kaluze, coz robic. Niedzielny wypad na odkryty basen podczas ofiarowanego nam laskawie jednego slonecznego dnia zakonczyl sie zapaleniem zatok, mam spuchniety nos i czuje gluta w okolicach skroni – do dupy takie lato mowie…

No ale jade niebawem, jade. Tym razem nie na poludnie, ale na wschod, po szosach i autostradach a potem torami kolejowymi. Zrezygnowalam z latania chwilowo, przed ostatnim lotem zazywalam velerianum z nerwow, tak tak po kilkunastu przelotach zaczelam reagowac panicznie na samoloty. Przestalo mi sie podobac i wyprowadza mnie z rownowagi tak szybka i nagla zmiana realiow. To jakby wyciac sie z jednego krajobrazu i wkleic w drugi i przez chwile nie byc nigdzie, miec pod stopami pusta przestrzen, kilka tysiecy metrow, byc zdanym na laske i nielaske wielkiej maszyny, ktorej dzialania zupelnie sie nie rozumie. Czulabym sie pewniej bedac pilotem i kontrolujac sytuacje.

Fucking english weather wzmaga moja tesknote, tesknote za ojczyzna. Nigdy nie sadzilam, ze mnie to dopadnie, ale na kazdego przychodzi pora, a mi stukna niebawem cztery lata na wyspach i sentyment urasta do poteznych rozmiarow. Zaczelam sie czuc prawdziwym emigrantem i nawet czasem powtarzam sobie taki oto wierszyk:

Niechaj mię Zośka o wiersze nie prosi,

Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci,

To każdy kwiatek powie wiersze Zosi,

Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci.

Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci,

Słuchaj – bo to są najlepsi poeci.

 

Gwiazdy błękitne, kwiateczki czerwone

Będą ci całe poemata składać.

Ja bym to samo powiedział, co one,

Bo ja się od nich nauczyłem gadać;

Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,

Byłem ja niegdyś, jak Zośka, dzieciną.

 

Dzisiaj daleko pojechałem w gości

I dalej mię los nieszczęśliwy goni.

Przywieź mi, Zośko, od tych gwiazd światłości,

Przywieź mi, Zośko, z tamtych kwiatów woni,

Bo mi zaprawdę odmłodnieć potrzeba.

Wróć mi więc z kraju taką – jakby z nieba.

I ja taka jakby z nieba wrocic chce, bo jade sie nasycic wszystkim tym czego mi tutaj brakuje. Najesc sie razowego chleba i soczystych pomidorow, napatrzec sie na bociany i nasiaknac zapachem przekwiatajacych lip. I jeszcze lyknac wszystkiego co ma sie ku zachodowi, moj ojciec skonczy w tym roku 80lat, moj kot 12. To bedzie podroz sentymentalna…

Podroze male i duze…

•marzec 31, 2009 • 3 komentarzy

sdc103961Astronomicznie i kalendarzowo skonczyla sie juz introwertyczna zima. Wszyscy strosza piorka na wiosne i powoli niesmialo wyfruwaja z gniazdek. Najpierw do ogrodu, potem do najblizszego parku i im cieplej, im sloneczniej, tym dalej sie wy puszczamy, by w koncu oddac sie letnim wojazom.

A ja…czytam o podrozach, ogladam o podrozach i mysle o podrozach… Podrozowanie jest na topie, jest trendy i modne. Wypada miec w kolekcji zestaw zdjec z Maroko czy z Indii, nalezy je umieszczac na portalach, dzielic sie ze znajomymi, troszeczke sie pochwalic, szczegolnie przed tymi, ktorzy jeszcze nie byli. Wierze jednak, ze gdzies za tymi krajobrazami z kolorowych fotek kryje sie glebszy sens i cel naszego ustawicznego przemieszczania sie w czasie i przestrzeni. Mamy tez rozne przyczyny i sposoby. I jak to bywa w dobrej rozprawce – teraz je sobie wyroznimy i opiszemy:

Sposob nr 1 czyli na Nomada

Nomad to tez modne slowo, szczegolnie wspolczesny nomad – najczesciej slyszalam je z ust Diego, ale niech sobie nie mysli, ze tylko sklotersi sa nomadami. Choc z pewnoscia sa ekspertami w sprawie ustawicznego przeprowadzania sie. W razie ewikcji pakuja do plecaka tylko najpotrzebniejsze rzeczy, bibeloty i inne zbytecznosci, ktorych pelno jest w kazdym domu, pozostawiaja za soba, niczym slad, zar ogniska w niedawnym obozowisku.

Siedze w kuchni i popalam paierosa, rozgladam sie dookola, patrze na otaczajace mnie przedmioty, na ich nawarstwienie. Zdusiwszy niedopalek w poielniczce przechadzam sie po pokojach i omiatam wzrokiem kolejne sterty przedmiotow. Ich ilosc uswiadamia mi, jak bardzo osiadlam, czuje sie nieco przygwozdzona tym ciezarem. Przypominam sobie wszystkie poprzednie przeprowadzki i segregacje przedmiotow na te, ktore zabrac nalezy i te, ktore wyladuja w koszu. A przeciez przyjechalam tylko z jednym plecakiem, zawsze tak sie zaczyna…

W jednym z moich seryjnych snow wchodze do bylego domu ( skoro moze byc byly chlopak, byly maz to mozna tez tak powiedziec o domu, wszak zazylosc jest rownie silna ), tego na Prostej w Toruniu. Najpierw otwieram ciezkie drzwi prowadzace na klatke schodowa, a potem staje pod nr2. Dziwne, ze ciagle mam klucz w kieszeni, przeciez nie mieszkam tu od dawna. Przekrecajac go w drzwiach czuje, jakbym popelniala jakas zbrodnie wchodzac tam, gdzie juz nie przynaleze. Dom jest posty, tylko meble stoja jakos niedbale. Zagldam do szafek i odnajduje tam slady po sobie, kilka zapomnianych w pospiechu bibelotow, naczynia, resztki jedzenia. Moj sen ma swoja interpretacje i glebokie znaczenie. Z kamiennicy na Prostej ucieklam. To Diego nas stamtad wyprowadzil, to on rozliczyl sie z tym miejscem i wszystkim, co tam sie wydarzylo, ja nie… Bardzo mu jestem wdzieczna, ale moja ucieczka mi ciazy, bo byc moze na zawsze nas poroznila…

W zamku hrabiego Ostaszewskiego przemieszkalam okragly cykl czterech por roku: jesien, zima, wiosna, lato – czas zatoczyl idealne kolo. Przyjechalam nie znajac nikogo i w dwudziestoosobowej komunie przezywalam piekne i niezobowiazujace chwile. Jesienia z wiklinowymi koszyczkami biegalismy na grzybowe laczki, by potem zima testowac magiczne wlasciwosci kapelotkow i nozek, patrzec na leniwe platki sniegu  i czuc w ich miarowym opadaniu odwieczny porzadek wszechrzeczy. Wiosna wszystko pachnialo niedzwiedzim czosnkiem, jego chrupkie zielone listki nadawaly sie do kazdego dania. Masowo wylegalismy na laki lub przesiadywalismy godzinami pod blaszana buda trzeciego sklepu, przypominalismy o swym isteniu mieszkancom wioski.  Na powitanie lata podpalilismy olbrzymiego wickermana i odtanczylismy poganski taniec wokol ognia. Po takim blogoslawienstwie kazdy z nas ruszyl gdzies w sobie tylko znane strony niosac w sercu  pamiec pieknych chwil. Jako slad po sobie zostawilam utkany gobelin, namalowana ikone, kilka dosc zgrabnie wyhaftowanych serwetek i koslawy wiklinowy taborecik, ciagle nie moge sie nadziwic, ze wykonalam go wlasnymi rekoma.

A teraz ja tu – trwam jeszcze i nie potrafie zakfawlikowac owej przestrzeni, ciagle tu jestem, ciagle sie dzieje. Kazdego dnia odnawiam swe slady, dopiero, gdy sie zatra wyciagne wnioski. Pamietam jak sie zaczelo, pamietam jak pierwszy raz weszlam do supermarketu i poczulam przedziwny zapach, dobrze znany dzieciom schylku komuny, zapach Pewexu, luksusowych towarow i zachodu. Nagle wszystko stalo sie mozliwe – spuscilam ze smyczy swoje skrywane pragnienia, bo tutaj wolno, na tej wyspie. Przez chwile zapomnialam o wszystkim, co zostawilam za soba, utopilo sie w morzu.

Stoje teraz z sitkiem i lowic probuje wlasne wspomnienia…

 

Sposob nr 2 czyli I LIKE VOYAGE

 Na wakacje przewaznie zabiera mnie ksiazka, obieram cel podrozy doglebnie juz przesiaknieta jego klimatem. Wiem co tam sie jada i pija, a wytyczne uzupelniam wlasnymi wrazeniami. Tak kierowana przemierzylam dzikie zakatki Transylwanii nieznalazwszy tam sladow hrabiego Drakuli. Pamietam tylko, ze raz, jak pieklismy z Diego kukurydze na ognisku, to obok przechodzil pogrzeb. Ludzie szli gdzies z gor do najblizszej wioski, a na drewnianym wozie jechala trumna. Ci z przodu niesli swieta ikone i zawodzili zalobnie, a z tylu wdowa w czarnej chuscie plakala. I przez chwile zrobilo sie jakos naboznie, wstalismy by odprowadzic kondukt wzrokiem i jakos oddac czesc temu, ktory odjezdzal. W tym przedziwnym kraju zaprzyjaznilam sie z kilkoma bezpanskimi psami, objadalam sie arbuzami i poijalam bere blonde. A gdybym miala dodac jakis zapisek do przewodnika, to chcialabym zaznaczyc, ze maja tam swietnie oznaczone gorskie szlaki i ze czasem lepiej zaplacic za podroz autostopem, bo inaczej moze byc nieciekawie.

Na malutkiej greckiej wysepce przesiadywalam w cieniu oliwkowych drzewek i z zazdroscia patrzylam jak my Sunshine Boy wprost pozera sloneczne promienie. Moja „alergia solarna” dala mi sie we znaki, musialam znow zasiasc w pozycji obserwatora miast brac udzial w slonecznych kapielach. Potrafilam siedziec tak przez caly dzien i gapic sie w morze, przesuwalam sie tylko wraz z cieniem. A potem wymyslilam te wycieczke do klasztoru na najwyzszym wzgorzu na wyspie. Mialo tam byc cos na zasadzie schroniska, cele mnichow przerobione na pokoje dla turystow – tak mowil przewodnik i staly bywalec wyspy. A przywitaly nas jeno plomyki swiec w cerkwii, lopoczaca na wietrze flaga i owiany pustka kruzganek. Ciezka nac okraszana obrazami z filmow grozy zrekompensowal poranek z widokiem na okoliczny archipelag. Ktos przyszedl i zapalil swieze swiece, zamieciono tez kruzganek…

Czasem poczucie miejsca zaczerpniete z ksiazki przychodzi pozniej. Tak bylo, np. gdy obudzilam sie na poddaszu wiejskiego szwedzkiego domku gdzes na odludziu i poczulam sie dzieckiem z Bulerbyn. Ale najdziwniej bylo z Rzymem…

Wyladowalam tam przypadkiem, poszukujac rozpaczlieiw jakies alternatywy na wakacje wprosilam sie w gosci do dawnej znajomej. Jechac w gosci jest najlepiej, choc trzeba uwazac by nie popelnic jakiejs gafy, nie wpisac sie w pamiec gospodarzy jako gosc niefortunny. W Wiecznym Miescie przemierzylam wiekszosc turystycznych szlakow, bawilam sie w turyste. Zaliczylam nawet przejazdzke odkrytym autobusem z przewodnikiem w sluchawkach. Najczesciej wracalam pod Panteon, jego masywnosc ogromne polacie cienia, a z murow bil wiekowy chlod, w ktorym przyjemnie sie odpoczywalo po sierpniowym upale. Chlonelam go… Po powrocie do domu zaczytalam sie w ksiazce, akcja powiesci przenosila sie z Holandii na Kube, by w koncowym kulminacyjnym momencie trafic do Rzymu opisujac jego przedziwne tajemnice i wiernie oddajac topografie. W ktoryms momencie zorientowalam sie, ze za zakladke do ksiazki sluzy mi angielskojezyczna wersja mapy miasta. Rozlozylam ja i przelecialam wzrokiem zatrzymawszy sie na zakreslonym dlugopisem punkcie ze strzalka i podpisem: „najlepsza kawa” Piazza Sant’ Eustachio. Rzeczywiscie kawka tam byla wysmienita…

Pisze to wszystko po raz kolejny w ramach autoterapii, by sie nieco odklompeksic, bo mi sie czasem wydaje, ze moje zycie przebiega nieco mniej barwnie tylko dlatego, ze nie bylam jeszcze w Moroko czy w Indiach. A to oczywiscie nieprawda…

 

 

New Age Mother

•marzec 17, 2009 • 4 komentarzy

Miron skonczyl 7 lat, jak sie dluzej i glebiej nad tym zastanowie wydaje mi sie to niepojete. Niby zwykla rzecz…wstaje rano, gotuje owsianke, klade na krzeselku zestaw ubran dla niego, przypominam o umyciu zebow, poprawiam zbyt luzno zawiazany szalik i lecimy… Przed wejsciem do szkoly daje mu buziaka…

Dzis rozmawialam z Ania ( mama dwojki chlopcow ) o maciezynskich instynktach i przyznalam sie, ze ja to ani ciazy ani karmienia piersia nie lubilam. Wszystko dlatego, ze zbyt metafizycznie to sobie wszystko wyobrazilam, a tu fizycznosc przybila mnie do ziemi. W ciazy nie czulam sie soba, mialam paranoje. Karmienie mnie stresowalo i uwiazywalo, a musialam wrocic na studia. I niech sie wszystkie super mamy teraz na mnie wypna – tak bylo… I do dzis nie wyrazam uczuc poprzez jedzenie, nie czekam z talerzem goracej zupy. Juz dawno postanowilam, ze nie bede sobie wkrecac macierzynskich komleksow.

Jestem teraz na etapie ksztaltowania emocjonalnosci mego dziecka, czuje to kazdego dnia i drze cala. Boje sie, ze wyrzadze jakas krzywde, ze sie zpomne w natloku zdarzen i jakies zgnile ziarno zasieje, nie wiedzac nawet o tym. Wszystko przez pieprzona psychoanalize i odwolywanie sie do dziecinstwa jako zrodla wszelkiego zlego. Jak tu wychowywac czlowieka z taka swiadomoscia… Nie umiem stapac ostroznie po tym gruncie, zwazac na wszystko i zastanawiac sie, jak to sie na psychice Mirona odbije. Ide na zywiol, na instynkt – procz bycia mama musze jeszcze byc soba.

Jak sie ma 7 lat, to czlowiek zaczyna sie uspoleczniac. Tego boje sie najbardziej, bo moj wplyw znacznie sie w tej dziedzinie ogranicza. Prowadzimy z Mironem rozmowy swiatopogladowe, ja pytam a on odpowiada. Chce, zeby rozwijal sobie wlasne swiadome myslenie, stymuluje i slucham, chce wiedziec, co mysli i jakie poglady sobie przyswaja.

- Jak myslisz, co sie dzieje z czlowiekiem, gdy umrze ? – zpytalam, bo akurat przechodzilismy przez cmentarz. Miron spojrzal w niebo i zastanowil sie chwile:

- Ja tak sobie mysle, nie…,ze kazdy ma w kosmosie swoja wlasna planete i jak sie umrze, to sie zyje w kosmosie na tej planecie.

Usmiechnelam sie…duzo bardziej mi sie to podoba, niz bajka o piekle i niebie. I dlatego obawiam sie ewentualnego powrotu do Polski, boje sie, ze wszechobecna kato – bajka zniszczy ta pelna fantazji glowe.

Pewien pan, ktory podobno wyczuwal aure innych ludzi powiedzial, ze Miron jest dzieckiem slonca. Przyszedl na swiat za sprawa palca bozego, z zapomnienia. I nie chodzi o to, ze zapomnialam pigulki. Zapomnialam sie w milosci, zakochalam sie na tyle, by zapomniec o wszystkim, w tym rowniez o antykoncepcji. Osobiscie uwazam, ze dzieci z przypadku sa wyjatkowe. Bardziej prawdziwe niz te poczete z nudy, czy dla ratowania zwiazku lub zatrzymania kogos przy sobie. Nie chce tu innym dzieciom uwlaczac, raczej ich rodzicom…

Za super mame sie nie uwazam, dostalam dar od bogow i troszcze sie o niego jak moge, choc czasem nie wiem jak trzeba. Wszystkim nadasanym super mamom, ktore wpedzaja mnie w kompleksy wystawiam jezyk i zycze milego gotowania zupy…

Ja z mym Dzieckiem Slonca maszeruje naprzod trzymajac sie za rece. Podobno buddysci wierza, ze dziecko samo wybiera sobie rodzicow….

 

 

 

 

Przedwiosnie…

•marzec 12, 2009 • Dodaj komentarz

Mam dosc tego czasu – czuje, ze ida zmiany, ale strasznie jakos flegmatycznie. Wszystko sie kotluje, nawarstwia – niby ma zaplonac, wybuchnac, ale nic z tego. Zupelnie jak z przyjsciem wiosny – najpierw kilka cieplych dni, ze niby juz przyszla. A potem zupelnie niespodziewanie mroz, wiatr i co tam jeszcze popadnie. W ten czas najlepiej byloby wyjechac – „rece wytrzec o liscie”…

Zima przeszla mi plazem – nawet dosc przyjemnie, ale teraz czuje sie beznadziejnie – ratuje sie, czym sie da…niestety z marnym skutkiem…

Nie zamierzam sie rzecz jasna poddac, nie bede popadac w letarg – choc mam ku temu sklonnosci i zauwazylam niepokojace symptomy. Czekam wiosny i oczyszczenia i gotuje sie na nia dusza i cialem.

Wlasna bezplodnosc chcialabym nadrobic w zalaczonych filmikach – z cyklu „People I like…”

Enjoy

 

Shopoholism – czyli proba felietonu

•luty 25, 2009 • Dodaj komentarz

No to mnie tez dopadl – wlasny prywatny credit crunch…

 Rzucilam okiem zaspanym na bezladnie rorzucone koperty pod drzwiami i poczulam lekki niepokoj. Wiedzialam, ze czegos chca ode mnie te listy i nie mylilam sie. Czerwonym drukiem domagano sie ode mnie splaty naleznosci. Ledwo zdazylam uciulac na council tax (musialam, bo sadem straszyli), a juz upomnial sie o swoje dostawca gazu. Wisialam na telefonie probujac wynegocjowac ulaskawienie. Przecierz polowe im zaplacilam, tak na odczepne, a tu mnie dalej cisna, jakby slowo „nie mam” nie istnialo w ich slowniku. Pieprzony system…Qurva sistema…

Jeszcze w styczniu na Cricet rozmawiamy o finansowych zapasciach i o tym, jak to jest byc piekielnie bogatym. Pewnie nuda i blaza, probujemy znalezs ciemne punkty tego stanu, ktorego nikt z nas nigdy nie doswiadczyl. Jest jednak jasne, ze kryja sie jakies cienie w tej utopijnej wizji. Ktos stwierdza jednak: „Ale jak jest ci zle, to mozesz wtedy pocieszyc sie idac na zakupy…” To proste i oczywiste stwierdzanie na dluzsza chwile zatyka mnie: „No tak…”

No to jak to jest z tymi zakupami? Przypomniala mi sie ostatnio moja ulubiona gra z czasow przedszkolnych, nazywala sie „Na zakupy”. Pamietam jak razem z kolezanka Ewcia ukladalysmy na planszy male kwadratowe kartoniki z rysunkami produktow pierwszej potrzeby : mleko, chleb, maslo… Zawsze odbywalo sie to z wielkim namaszczeniem, wszak mialo miejsce w czasach Super Samow, kolejek po kawe i cukier oraz ogolnej szarzyzny sklepowych polek. A na obrazkach w grze wszystko bylo kolorowe i piekne. Idealnie rowna kostka masla, perfekcyjnie zapakowana maka i czystobiale mleko w butelce z pazlotkiem. Takie wspomnienie, z ery zakupow, ktora odeszla w niepamiec, teraz mamy ere „shoppingu”.

W Polsce na shopping chodzilo sie rzadko lub wcale. Pamietam jedynie, ze co sobote szalalam z Diego na wyprzedazy w Centrum Taniej Odziezy. I czasem na torunskim jarmarku warzywnym – takie tam sentymenty. Na wyspach kroluje Tesco i Primark, hurtowo, na duza skale i po okazyjnych cenach i extra punkty na clubcard. Przyznaje, ze dalam sie omamic, wygoda, praktycznoscia i niskimi cenami. Strasznie mnie wkurza, ze produkty organic czy fairtrade sa duzo drozsze i czy na pewno mozna tym etykietkom ufac?

Tak naprawde do rozmyslan sklonila mnie moja nowa praca – czuje sie w niej nieco egzotycznie. Niewiele juz zostalo takich malych lokalnych sklepikow ze znajoma pania za lada, papierowymi torebkami i ulubionymi rarytasami sprowadzanymi na zamowienie. Nie ma tam sieciowego szyldu, a wszedobylska folia ma ograniczone pole dzialania. Obserwuje przychodzacych ludzi, nie biegaja jak szaleni miedzy polkami, ogladaja produkty z kazdej strony, maja prawo wybrzydzac, pytac o sklad i pochodzenie. „Moda” na zdrowa zywnosc bywa smieszna, ale ma tez dobre strony.

Zapraszam zatem wszystkich zainteresowanych do odwiedzenia „UHURU wholefoods” na Cowley Rd. In Oxford…

BLog Here

•luty 14, 2009 • 1 komentarz

Ale skoro blog, to musi byc troche na „blogowo”, czyli nieco prywatnej felietonistyki na prywatne tematy.

Mialam dobre przeczucie co do nadchodzacych zmian i to zmian na lepsze. A zatem kto jescze nie slyszal, niech wie, ze mam nowa super prace. „Welcome on board” uslyszalam, co oznacza, ze od poniedzialku pracuje w wholefoods industry i z usmiechem na twarzy podam kazdemu vegan i organic i co tylko zapragnie, byle tylko zdrowe, eco etc. Strasznie sie ciesze.

Moze uda mi sie w koncu w pelni przejsc na weganizm, bo jak mowia „czego oczy nie widza, tego sercu nie zal”.

W ogole to dzisiaj bedzie wszystko „chwalipieckie”, tzn. chwalic sie bede. Zajrzalam na inne blogi i zauwazylam, ze to popularne, wiec sobie tez na odrobine takowej autoterapii pozwalam. Zreszta to nie tylko na blogach, ale i w zyciu codziennym mocno mnie dotyka, glownie za sprawa mego wspollokatora. Ale juz nie bede mu dokuczac…

Bardzo sie ostatnio nudze, jesli chodzi o imprezy, tzn. dawno na jakiejs porywajacej nie bylam. Ale w nudzie sie wychowalam, wyroslam z niej i doceniam jej tworcza moc, bo nie ma jak wystrzelic sie z nudy. I na owy wystrzal wlasnie czekam, a poza tym nuda na zewnatrz moze za soba niesc bogactwo wewnetrzne. A jednak wrazen brakuje i bodzcow z zewnatrz, troszku takie bledne kolo, ale „trzeba sobie radzic” – to takie moje ulubione ostatnio motto. Londynu mi brakuje i weekendowych wypadow tam, bo coraz rzadziej mi sie zdarzaja. A nie ma jak sie ukulturalnic w stolycy… Ostatnim razem palalam niezmierzona miloscia do tegoz miejsca ( stad tez piosenka ) i nawet tlok w metrze mnie nie przerazal tak, jak zwykle. Pojechalam glownie w celu uczestnictwa w warsztatach Tantra Yogi, ale w sumie to spedzilam na nich najmniej czasu. Bylo ciekawie, nie powiem – uczestniczylam w eksperymencie otwierania zmyslow. Obok mnie siedzial pan z wahadelkiem i wywahadelkowal mi, iz mam silne uczulenie na laktoze i mleka w zadnej postaci nie powinnam spozywac. Jestem w trakcie sprawdzania tej teorii…

Medytuje nad moja karta – Princess of Swords – to ja. Staram sie nadac swoim dzialaniom sile, silnie wcielac idee w zycie. Musze przyznac, ze bardzo mi w tym przeszkadza moj syndrom: attention – deficit hyperactivity disoder. Cruell mowi, ze moje Dziecko Slonca odziedziczylo adhd mamusi. Ciezko walczyc z taka przypadloscia – przypomina wybujala niecierpliwosc dziecka.

Pisanie idzie mi opornie, ale odkrylam, ze w odczuciach, ktore wobec niego mam nie jestem sama. Cytuje za ksiazka, ktora w bardzo odpowiednim czasie wpadla w moje rece i wciagnela mnie od pierwszej strony:

„Kazdy, kto kiedykolwiek probowal pisac powiesci, wie, jakie to ciezkie zajecie, to niewatpliwie jeden z najgorszych sposobow samozatrudnienia. Trzeba caly czas pozostawac w sobie, w jednoosobowej celi, w calkowitej samotnosci. To kontrolowana psychoza, paranoja z obsesja zaprzegniete do pracy, dlatego pozbawione pior, tiurniur i weneckich masek, z ktorych je znamy, a przebrane w rzeznicze fartuchy i gumiaki, z nozem do patroszenia w reku.”

Olga Tokarczuk, „Bieguni”

 

 

 

 

 

 

 

The story of Chaos Princess

•styczeń 28, 2009 • 1 komentarz

I always wanted to be a storyteller, but never knew where to find a story.
Now I know I am the story.
The story is written on me.
The story is in me and around me – I am the centre.
This is my inner-story, my magic creation.
This is the myth and the legend from my inner realm.
This is the only story I can tell.

(Excuse my English – I’m sure text is full of grammar mistakes, but as long as you can understand me it’s fine. I just can’t write it in Polish, some things are untranslatable. )

The Princess was born from the chaos of war. She was the Chaos Princess. She was old on the day of birth, a baby with the hands of an old woman.
The others called her an Old Lady, but she knew she is just a Princess and the Lady is someone else. The Lady was a Queen, she created the Princess and she made her old.
The Princess grown up on the End of the World, she was grown up by two sisters – the Black sister and the White sister. Her parents were away in time and space, just like images from a different story. They gave Princess a history and they gave her roots, but couldn’t teach her anything. To far in past they were…

To be continued…. it’s just a beginning

Episode2 Jesli nie Oxford – to co?

•styczeń 7, 2009 • 6 komentarzy

I rozprysla sie w koncu swiateczna bombka. Mialo byc nowe, a obudzilam sie w pustce i zmeczeniu i w nowe dopiero wtlaczac sie musze. Tak bardzo nie lubie tego czasu i choc staram sie radzic sobie – jest ciezko. Zbyt duzo energii poszlo mi w klejenie swiatecznej bombki, a jej zywot chwilowy zostawil po sobie czarna dziure. Taka przestrzen ogromna, ze nie wiadomo za co sie zlapac…
A za oknem mroz i wszyscy pozamykali sie w domach i domkach. A ja w swoim sama, zupelnie sama – niby mialam odpoczac, ale sie nie daje. Z myslami sie bije i wynajduje sobie zajecia by nie oszalec.
I przyszla jak zbawienie karta prawdy o mnie i mych niepokojach – THREE OF SWORDS – SORROW. I czyszcze miecz swoj, mysl swa i wole, czyszcze na klarownosc i jasnosc. I ciac sie nie zawacham. Kontemplacja objawionego ulge mi przyniosla…
Ale mialo byc o czym innym… bo w ostatnim odcinku wyszlo, jakby to moje bytowanie w miejscu na mapie z podpisem Oxford to byla jakas nuda i paskuda. Krece na to glowa w gescie zaprzeczenia, bo przeciez bym zwariowala gdyby tak bylo. A mam sie calkiem dobrze…
Co mnie zatem trzyma tutaj – opowiedz znajduje sie po czesci w zalaczonym filmiku wyprodukowanym przez niegdysiejszego mieszkanca naszego wesolego przybytku. I tak juz bedzie zawsze, gdy zamkne oczy i pomysle Oxford nie bede widziec miejsc i budynkow z pocztowek jeno twarze i postaci stloczone w miejscu, poroszujace sie w rytmie zaklinania czasu. I pewnie nawet nie podpisze tego nazwa miasta. Tak bardzo oddzielni jestesmy od tej przestrzeni, wpisani w nia byle jak bez korzeni, bez glebszego sensu z ostrymi barwami przypadku. Zawieszeni, sami przestrzen budujemy, a raczej siec po ktorej sie poruszamy. Pajaczki pomieszkujace gdzies w kacie i rozpuszczajace swoje nici wedle fantazji.
Pisze my w sensie ja i moje comunity – czasem nudne i drazniace, czasem dzikie i szalone, ale zawsze unikatowe. Z roztrzalem osobowosci, z kalejdoskopem charakterow, niczym w Przystanku Alaska. Sa swieci i typy spod ciemnej gwiazdy, matki zony i kochanki, dzieci kwiaty, dzieci smieci – wszystkiego po trochu.
Uciekam jednak, bo poczulam wiatr w skrzydlach i nuce sobie:
„Lece, bo chce – lece, bo zycie jest zle
Czy sa pieniadze czy nie
Lece, bo wolnosc to zew…”
Ole………
P.S. Wszystkim postaciom, ktorych niezliczona ilosc przewinela sie przez ox tunel dedykuje filmik i wszystko co napisalam w tym miejscu, lacznie z tym, co miedzy wierszami.

Jesli nie Oxford – to co?

•grudzień 4, 2008 • 3 komentarzy

Mysle dzis o mym aktualnym tunelu rzeczywistosci, a dokladnie o dziwnym miescie, w ktorym przyszlo mi zyc. Kolejne na liscie miejsce, o ktorym zawsze bede juz myslec jako o domu. Siedze przy stole i patrze przez okno, za ktorym kilka jednakich domow i skrawek nieba. Jest zima juz, a ja w cieplej nornce…. przyjemnie burczy gazowy piecyk.
Juz trzeci rok leci mi tu, czas zatacza swe kola i juz niebawem sie zamknie, poczulam to pod skora i zamierzam wcielic w zycie – tuz przed czwarta rocznica… uciec. Wiatr z polnocy nadciaga…

Dwie historie z Oxfordem w tle:
Historia pierwsza:
Z La_Fee jedziemy do teatru – teatr z Indii. Jest wczesny letni wieczor – nastroje pozytywne, przemierzamy miasto rowerami, malownicza trasa miedzy perlami architektury, ktorymi centrum Oxfordu jest tak naszprycowane, ze nie wiadomo na czym oko zawiesic. Jedziemy…lizemy jeno wzrokiem te perelki…warkocza lancuchy i swiszcze powietrze przecinane jednosladami. Przystajemy przy „Oxford Playhouse”…
Na spektaklu La_Fee przysypia w pierwszym rzedzie…Tym razem klapa, na scenie rozgrywa sie przedtawienie rodem z bollywood. Szczypia w oczy tanczace wszedzie kolory, a glowna bohaterka spiewa niczym Pocahontas, no prosze sobie wyobrazic… Calosc ratuje jedynie ciekewie zrobiona i egzotyczna postac Kriszny w roli narratora. Katharsis jakies slabe po tym wszystkim, ale szczypta teatralnej magii w glowie sie posiala, wracam w refleksyjnym nastroju. To sama trasa, jeno przy swietle ksiezyca. Jade i se rozmyslam, a raczej wczuwam sie przestrzen dookola. Jestem w glownym nurcie tunelu na te chwile. W przelocie zagladam do okien, a wszedzie polki pelne ksiazek, stosy starodrukow i postaci przy stolach pochylone nad skarbnicami wiedzy. Powietrze az ciezkie… Wiedza, kaplani wiedzy, swiatynie wiedzy – Oxford University.
Glebiej rozmyslam dopiero w domu przy papierosie i z poczuciem jakiegos braku w tunelu, ktory wlasnie przemierzylam. Wyobrazam sobie Oscara Wilde’a przechadzajacego sie pod Magdalen College i ta postac okazuje sie kluczem. Wszystko jasne! W tym miescie brakuje dekadencji. I to tej z wyzszej polki, tak charakterystycznej dla miast studenckich. A tu w przybytku, w pewnym sensie legendarnym… dupa, ze tak powiem. Zadnej alternatywy, zadnej bochemy-tylko krawaty i okulary. Albo chichoczace blond studentki z Ameryki… Czasem mam wrazenie, ze nic sie w tym miescie nie dzieje, ze zycie kulturalne ogranicza sie tu do koncertow symfonicznych przy zadartych nosach i kilku „dyskotek” dla klasy robotniczej. Czuje glod alternatywy, glod sztuki „dzieci smieci”. Brakuje mi zadymionych piwnic z kocia muzyka i cieplym swiatlem…….dlatego wynosze sie stad…….juz niebawem……
P.S. Na szczescie do miasta Babilon stad niedaleko, a tam wszystko sie znajdzie 

Historia druga

Jakis rok temu…
Z Cruell wychodzimy do miasta niedzielnym wieczorem. Dobry dzien by uniknac tlokow tzw. ruji. Wychodzimy na wloczege po lokalach, na pogawedke przy swietle swiec i zarze paierosa i przy szklanicy rzecz jasna. Kto choc raz mieszkal w miescie o dekadenckiej aurze, kto szlajal sie z lokalu do lokalu noc po nocy, kto czul sie kiedys prawdziwa bohema, ten wie o czym mowie.
A my taka noc postanawiamy spedzic w samym centrum slynnego Oxfordu. A to juz nie byle co, swiatowe miasto, wiec trzeba sie dobrze przygotowac. Jak zawsze w takich sytuacjach stawiamy obie na dobrze skrojona czern. Ja sama decyduje sie jeszcze na odrobine extrawagancji i wkladam buty na szpilkach, zdaje sie, ze drugi raz w zyciu. Przezornie zabieram jednak do torby zolte cizemki. I chwiejnym krokiem podazam do celu…
Palimy soczystego blanta w najbardziej pocztowkowym miejscu Oxford City. Przgladamy sie architekturze i rozprawiamy:
-Nastazjo Filipowno. 
-Anno Karenino. 
Zabawa w rosyjskie ksiezniczki wkreca sie na dobre po kilku glebszych, a w zylach mocniej pulsuje wschodnia krew. Idziemy zatem sprawdzic jak sie sprawy maja na zachodzie. Celem wyprawy jest ulubiony lokal pewnego pana od ksiazek. Tego, co pisal o druzynie pierscienaia, dwoch wiezach i powrocie krola. Ale w srodku jakos putawo, mimo to siadamy w najciemniejszym kacie odgrodzone od reszty. Milo tu, ciemny braz miesza sie ze zgnila zielenia, a plomyk swiecy rzuca blask tylko tam, gdzie trzeba. Nastazja Filipowna jak zawsze chce z baru niespodzianke. Stawiam na harmonie kolorow i zamawiam dwa guinessy.
Znowu rozprawiamy, ale jakos nie jest tak, jak byc powinno. W zakamarku obok grupa studentow dysputuje glosno o pierdolach. Halasuja, a na domiar zlego jedza hamburgery i frytki przyniesione przez barmana. Smierdzi. Dla Anny Kareniny to jest niedopuszczalne zaklocenie. Gdzie tu atmosfera, gdzie powiew historycznsci???
-Ni ma – juz drugi raz sie okazuje. Anna Karenina usmiecha si do swych mysli: czasem jej sie wydaje, ze to wszystko owszem jest gdzies tu, ale niedostepne dla niej, za wielkimi drzwiami zamknietymi zlota klodka wysadzana diamentami. A Nastazja Filipowna cwiczy swa osobowosc, by kiedys jej sila te pieprzona klodke rozsadzic. I pewnie jej sie uda…
Anna Karenina jest rozczarowana, jak to ma w zwyczaju obaza sie i ucieka. I tak rosyjskie ksiezniczki z innych bajek rozdzielaja swoje sciezki. Moze sie jeszcze spotkaja, w innym czasie w innym miejscu…
IT IS NOT A HAPPY OR AN UNHAPPY END – I HOPE IS NOT THE END AT ALL. ISN’T IT NASTAZJO?
To be continued…